Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architektura. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Podglądając naturę - o architekturze organicznej


  Ludzkość praktycznie od zarania swojej historii obserwuje przyrodę, czerpiąc z niej inspiracje. Inspirowała nas przede wszystkim gładkość występująca w przyrodzie, jej przystosowanie do miejsca występowania, oraz poczucie bliskości z nią. Podglądaliśmy naturę przez stulecia, ucząc się od niej określonych zachowań i na podstawie zdobytej wiedzy udoskonalaliśmy nasze własne narzędzia. Wraz z nimi szedł postęp, który poskutkował coraz większym zniszczeniem tak ukochanej przez nas przyrody. Ludzie, a wraz z nimi architektura, stali się skrajnie ekspansywni, wydzierając każdy skrawek terenu naturze i przekształcając go podług swojej własnej, ograniczonej woli. Zaczęło się to zmieniać w XX wieku, kiedy to część modernistów zapragnęła tworzyć w zgodzie z naturą, stając się prekursorami nowego trendu w architekturze - architektury organicznej.


  Ci prekursorzy dostrzegli piękno w samej naturze, niekoniecznie dostosowanej do ludzkich potrzeb. Propagowali oni wpisywanie architektury w miejsce, zachowując przy tym jej dzikość. Wyznawali pogląd, że to nie przyroda lokalizacji ma się dostosować do wizji architekta, a właśnie owa wizja do miejsca w którym pragniemy umieścić nasz obiekt. Był to całkowicie nowy kierunek rozwoju architektury, wnoszący powiew świeżości do dość skostniałej dziedziny. Efektem tych prac jest np. Dom nad wodospadem Franka Lloyda Wrighta. Był on jednym z owych pionierów organiczności w budowaniu, który dobrze rozumiał kontekst miejsca. Za jego przykładem szybko poszło wielu innych modernistów, którzy nie zarzucając swojego podejścia do kształtowania samej bryły zaczęli poszukiwać nowych sposobów na jej przedstawienie. Ich pierwsze eksperymenty nie były może idealne, ale to one wyznaczyły kierunek przyszłym architektom organicznym. Można śmiało powiedzieć że podejście tych założycieli miało w sobie najwięcej sensu, gdyż nie starali się zbyt mocno zmodernizować samej architektury a jedynie nauczyć ludzi szacunku wobec natury którą zastają gdy przyjdzie im projektować. Bo po co wycinać drzewa na działce, skoro mogą one przy odrobinie wysiłku podkreślić walory stawianego obiektu? Dlaczego koniecznie musimy zdominować świat naszą ekspansją, niszcząc jego naturalne piękno? Dlaczego to przyroda ma ulec naszym żądaniom, skoro istnieje dłużej niż my? Czy architektura jest w stanie koegzystować z dzikością świata? Są to główne pytania które zawdzięczamy tym pierwotnym działaczom postępu, tak jak odpowiedzi których nam udzielili. Otóż nie musimy niszczyć świata aby w nim mieszkać. Możemy w pełni zintegrować się z jego pięknem, nie zatracając jednocześnie naszego komfortu czy jakości architektury. Jednak tam gdzie widzieli oni jedynie postęp w dostosowaniu się do otoczenia, ich następcy dostrzegli szansę na zmianę samej architektury na wzór natury.


  Nowe pokolenie architektów organicznych wyszło z założenia, że skoro nieraz nie jesteśmy w stanie dopasować architektury do przyrody (np. ze względu na jej brak w danym miejscu) to powinniśmy stworzyć obiekty jak najbardziej oddające przyrodę w swoim wyglądzie. Doprowadzili oni architekturę organiczną do punktu w którym znajduje się ona obecnie, zachowując jednak tylko niektóre wizje swoich mentorów nienaruszone. Efektem prac tego świeżego pokolenia są budynki, które nie przypominają nieraz niczego znamy pod tym pojęciem. Stały się skomplikowane, nieregularne, płynnie przechodzące między kształtami, niejako rozmywające się ze swoim przesłaniem. Według ich projektantów są one przyszłością, gdzie człowiek wprowadzi samego siebie, a także swój świat w całkowitą harmonię z naturą, nie tylko za pomocą dopasowania, a także za pomocą naśladownictwa. Póki co ich wizje pozostają zazwyczaj jedynie w sferze projektowej, przynajmniej te bardziej nietypowe, jak chociażby ukazany wyżej budynek w kształcie skrzydła motyla pokrytego roślinnością. Główną barierą dla ich prac są przede wszystkim ograniczenia techniczne oraz brak zainteresowania ze strony inwestorów, wolących dawny, twardy system architektury prostej i wymagającej od otoczenia pełnego posłuszeństwa. Czy kiedykolwiek zdołają się oni wybić na prowadzenie wśród architektów na świecie? Czas pokaże. Póki co wszystko wskazuje jednak że architektura organiczna jeszcze kiedyś zajmie należne jej miejsce w kanonie historii architektury, jako nie tyle odłam modernizmu, a pełnoprawny okres architektoniczny.

wtorek, 6 maja 2014

Gdzie chęć rozwoju spotyka potężne pieniądze - czyli trochę o Dubaju


  Dubaj. Istna perła pustyni, miasto o olbrzymim budżecie, gdzie architekci z całego świata projektują wymyślne konstrukcje, ozdabiające ulice. To miejsce w którym pogoń za rozwojem została połączona z potężnymi pieniędzmi, płynącymi ze sprzedaży ropy. Miniaturowy świat, ukazujący bogactwo tej bardziej zamożnej części krajów arabskich. Świat który możemy przemierzać nawet na chwilę nie wychodząc na otwartą przestrzeń, co byłoby jednak niesamowitym marnotrawstwem. Ominąłby nas wówczas fantastyczny widok miasta, które wyrosło praktycznie rzecz biorąc z suchych piasków pustyni. I to w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu lat.


  Powyższe zdjęcie dobitnie ukazuje tempo zmian jakie zaszły w Dubaju w ciągu zaledwie 14 lat. Na chwilę obecną miasto jest jeszcze bardziej rozbudowane, konkurując powoli z Manhattanem. Co ciekawe, konkuruje skutecznie, gdyż mimo zagęszczania zabudowy władze trzymają się ściśle ustalonego już na początku masterplanu zabudowy, dzięki czemu żaden dom nie przerwie budowy kolejnej części obwodnicy, czy autostrady. Jaki jest tego skutek? Miasto w którym korki są rzadkością, a dojazd z domu do pracy nie wiąże się z usilnym unikaniem głównych arterii komunikacyjnych. A gdyby ktoś przypadkiem nie miał samochodu, zawsze może skorzystać z rozbudowanej sieci metra, stojącej na naprawdę wysokim poziomie. Ci najbardziej uparci mogą w końcu poruszać się pieszo, co nie jest tam specjalnie trudne. Ponadto, spacer po ulicach Dubaju dostarcza nam silnych bodźców wzrokowych, zapewnianych przez wyrastające wkoło wieżowce oraz inne perły architektury. Krajobraz sam w sobie nie ma niemal nic do zaoferowania - bez budynków patrzylibyśmy jedynie na surową pustynię, a jedyną atrakcją byłyby wydmy, a jak wiadomo, monotonia zabija chęć odwiedzin. Co jednak sprawiło, że niewielka mieścina na pustynie nagle stała się istną stolicą całego emiratu?


  Łatwo zgadnąć jaki był główny impuls do szybkiej rozbudowy miasta. Było nim odkrycie potężnych złóż ropy naftowej, przynoszącej olbrzymie zyski po dziś dzień. Jako że arabscy potentaci naftowi to ludzie pragnący pokazać wszystkim swoje bogactwo, to po 1990 roku równie szybko jak pieniądze z ropy do Dubaju przybyli architekci liczący na solidny zarobek. Nie zawiedli się oni ani trochę. Bogacze skłonni byli zapłacić olbrzymie kwoty przedstawiane przez projektantów w zamian za ich dzieła, mające stanowić obraz ich majątku.  Sporą rolę w rozwoju miasta odegrała wojna w Iraku, w czasie której władze Dubaju zapewniły wojskom amerykańskim bazę wypadową, jasno opowiadając się po stronie zachodniego świata. Pozwoliło to władzom emiratu skupić się na rozwoju infrastruktury, dzięki czemu sam Dubaj miał w końcu szansę zabłysnąć na świecie. Sprawiło to, że dość nieistotna pustynna osada zmieniała się stopniowo w błyszczący klejnot pustyni - kurort i centrum władzy w jednym. Obie te funkcje pełni po dziś dzień, ściągając turystów z całego świata aby na własnej skórze mogli odczuć zyski z handlu ropą. Jednakże, mogą oni doświadczyć też pewnego zepsucia cechującego najbogatszych, gdy Ci porzucają "zużyty" sprzęt w chwili gdy się nim znudzą. Dzięki temu możemy dostrzec na podwórkach porzucone drogie samochody, czy egzotyczne zwierzęta biegające samopas.


  W dobie, gdzie każdy kraj chce mieć swój Manhattan, Dubaj nie mógł odrzucić wyzwania. Najbardziej widocznym tego efektem jest Burj Khalifa - wysoka na 829 metrów iglica, dzierżąca obecnie tytuł najwyższego budynku świata. Towarzyszy jej pas wieżowców, mających na celu imitowanie słynnej dzielnicy Nowego Jorku, oraz The Dubai Mall - największe centrum handlowe świata, o powierzchni 112,4 ha. To wszystko składa się na obraz przepychu, tak chętnie pokazywanego nam przez władze. Ciekawe jest to, że gdy zabierano się do planowania przyszłego kształtu miasta uwzględniono w masterplanie od razu rozkład przyszłych ulic, czyniąc go jednocześnie nienaruszalnym. Skutkuje to tym, że możemy śmiało uznać Dubai za najlepiej zaplanowane miast świata. Nie bez powodu. Wczesne ustaleniu planu zabudowy całego terenu miasta, podzielonego na rozchodzące się koncentrycznie pierścienie zanim zaczęto zabudowę dało możliwość stałego kontrolowania rozwoju urbanistycznego, dzięki czemu nie ma tam teraz znanego nam choćby z Warszawy problemu z budową obwodnicy. Nie ma tam przyzwolenia na naruszanie ustalonego planu, co wymusza niejako na architektach działanie zgodnie z dość surowymi ramami. Jednakże, wszelkie niedogodności z nawiązką osładza wypłata, dzięki czemu rzadko kiedy spotkamy kogoś narzekającego na projektowanie w Dubaju.


  Miasto jest tym samym spełnieniem marzeń wielu urbanistów i architektów, dla których możliwość budowania na wolnym terenie, bez konieczności martwienia się o budżet jest czymś nowym i niespotykanym nawet w USA. Zamienia to Dubaj w swego rodzaju przynętę na projektantów - a w konsekwencji raczy nas budowlami na naprawdę wysokim poziomie. Jest to nieskończona pętla, gdyż dobra architektura i wysokie zarobki przyciągają dobrych projektantów, ci zaś uraczą miasto kolejnym dobrym obiektem który z kolei przyciągnie kolejnych projektantów itd. Dokąd to wszystko zaprowadzi władze emiratu? Nie sposób tego przewidzieć, jednakże nawet pieniądze z ropy kiedyś się skończą. A wówczas możliwe że tak jak byliśmy świadkami nagłego wzrostu, tak będziemy świadkami równie nagłego upadku Dubaju.

czwartek, 1 maja 2014

Piękno ostrości - o architekturze gotyckiej


  Z czym kojarzy się nam architektura gotyku? Z całą pewnością z ostrymi łukami, strzelistymi wieżami i wytwornymi witrażami katedr. Mało kto jednak wie, że gotyk był uważany w Italii za barbarzyński, całkowicie niezrozumiały dla jakże eleganckiej kultury tego regionu. Styl ten, jakże rozpoznawalny na świecie pierwotnie narodził się ok. 1120 roku, w regionie Ile-de-France. Stopniowo został przejęty przez Niemcy i Anglię, wywierając olbrzymi wpływ na późniejszą architekturę tych krajów. Z czym zaś konkretnie wiązał się ten styl? Jaki był jego wpływ na architekturę?


  Gotyk wbrew opinii Italskich mistrzów wniósł sporo do architektury. Przede wszystkim doszło do jakże potrzebnego odciążenia ścian zewnętrznych kościołów, które miast twierdz zaczęły przypominać delikatne dzieła sztuki. Ponadto rozpoczął stopniowe odchodzenie od utartych wzorców konstrukcji, na swój sposób przecierając szlak kolejnym etapom rozwoju architektury. Dodatkowym, niezaprzeczalnym atutem gotyku było otworzenie ludziom oczu na piękno budowli, w znacznej mierze sakralnych. Jego najważniejszą i moim zdaniem najpiękniejsza cechą była zdolność ukazania piękna, majestatu i siły za pomocą niebywale lekkiej jak na tamte czasy konstrukcji. Choć głównym zamierzeniem twórców tego kresu było nadanie jak największej jasności, to niestety niektóre budowle nabrały zgoła odmiennej barwy w oczach ludzi. Po dziś dzień gotyk kojarzy nam się z mrokiem, utożsamiamy go z potworami straszącymi nas z dachów i rynien. Całkowicie niesłusznie. Styl ten miał prowadzić do oświecenia człowieka, zaprowadzić jego zbłąkaną duszę do światła Boga. Niestety, zabieg ten udał się jedynie w przypadku katedr, gdyż reszta budynków dalej przypominała nieraz mroczną twierdzę, prowadzącą raczej do zguby niż do zbawienia. Na całe szczęście, od każdej reguły są wyjątki, dzięki czemu teraz możemy śmiało mówić że był to jeden z najbardziej przełomowych stylów w architekturze. Duży wkład w ten przełom miało coraz powszechniejsze zastosowanie ostrych łuków oraz ogólna ostrość i wyrazistość budowli, dzięki czemu skutecznie odcinały się one od nieco nijakich romańskich konstrukcji, budowanych przede wszystkim po to by jak najlepiej spełniały funkcje obronne. Najdoskonalszym zaś i zarazem najbardziej rozpoznawalnym elementem gotyku były piękne, wysmukłe katedry.


  Katedry gotyckie, tak odmienne od warownych klasztorów romańskich, był swoistym ukoronowaniem twórczości ówczesnych architektów. Wysokie, smukłe, pełne światła i niewysłowionego wdzięku górowały nad niską jeszcze zabudową miejską, potęgując majestat Kościoła. Człowiek stojący u ich progu wprost namacalnie mógł odczuć potęgę Boga, wyrażoną tutaj w licznych posagach czy choćby samej wielkości konstrukcji. Ta zaś, jak na owe czasy była zwrotna, do dziś zresztą imponuje nam kunsztem jej twórców, potrafiących wznieść tak wysoką, solidną a zarazem lekką konstrukcję nie posiadając wyrafinowanych narzędzi czy techniki. Każdy kamień w ich konstrukcji kładli ludzie, których ciężka praca wraz z katedrą była swoistym hymnem pochwalnym dla Boga. Jego obecność w zamierzeniu projektantów miała być wręcz namacalna we wnętrzu świątyni, pełnej światła dzięki licznym witrażom, niemal tak wysokim jak sama katedra. To właśnie w katedrach najliczniej wykorzystano charakterystyczne ostre łuki i wsporniki, nadające charakter epoce. To właśnie w tych niezwykłych budowlach zaznaczył się najwyraźniej nadciągający postęp architektury, jak również nieuchronny rozwój myśli ludzkiej. Jest to nieco zabawne, gdyż był to okres w którym Kościół dość ostro sprzeciwiał się wszelkiemu postępowi myśli poza wytyczone Biblią ramy. Czy był to zamierzony cios wymierzony przez architektów w Kościół? Czy może jedynie czysty przypadek, Jakich pełno było w historii rozwoju architektury na przestrzeni dziejów? Tego najpewniej nie dowiemy się nigdy, gdyż nie zachowały się nawet nazwiska większości mistrzów odpowiedzialnych za wznoszenie tychże świątyń. Główny zaś składnik postępu, bodaj najszybciej widoczny, stanowił nagły rozwój architektury miejskiej, zmieniającej się pod wpływem wyniosłych domów Bożych.


  Ludność miejska w tym okresie zdawała się zazdrościć katedrom splendoru i smukłości, co uwidoczniło się w nagłym rozwoju architektury miejskiej. Domy zaczęły piąć się w górę, dachy stały się ostre, na wzór dachów świątyń. Domy stały się lepiej doświetlone, zaś komfort życia w nich niewątpliwie wzrósł. Co prawda, na naprawdę pokaźny budynek mogli sobie pozwolić tylko nieliczni, lecz właśnie Ci nieliczni nadali kierunek przyszłej tendencji do zagęszczenia przestrzeni miejskiej. Miało to co prawda swoje wady, jak choćby większe zagrożenie pożarami, które wówczas był realnym zagrożeniem dla całych segmentów miejskich, lecz nie powstrzymało to ludzi od stawiania kolejnych kamienic i domów wzdłuż miejskich ulic, potęgując i tak duży już ścisk. Takie rozwiązanie miało swój niewątpliwy urok, gdyż nareszcie zapanował w miastach jako taki porządek, przyjemnie odmienny od stałego chaosu wcześniejszych rozwiązań. To wówczas najbardziej rozpowszechniło się również dobrze znane nam podejście, by sklepy oraz różnorakie warsztaty umieszczać w parterze, przeznaczając wyższe piętra na magazyny bądź zwyczajnie część mieszkalną. Mieszkańcy zaczęli także częściej ozdabiać fronty domów, dzięki czemu ulice nabrały kolorytu, wciągając obserwatora w zawiły spektakl form i barw, wówczas jeszcze przyjemnie prostych. Był to jakże pochwalny okres w historii rozwoju miast, gdyż to obywatele tworzyli wygląd miasta, a nie nakazy władzy.


  Pozostając w temacie władzy - uwaga należy się także zamkom. Te również biorąc przykład z katedr stały się bardziej eleganckie, nie tracąc równocześnie nic ze swojej obronności. Coraz mniej przypominały zwyczajną kamienną "puszkę", będącą jedynie schronieniem na wypadek oblężenia, przybierając bardziej reprezentatywną funkcję, niejako ozdabiając krajobraz miasta swoimi solidnymi murami oraz niepojętą lekkością brył. Ich wnętrza stały się przestronne, pokazując ludziom majestat władcy. Nie były to jeszcze pełne przepychu pałace, które mylnie nazwano później zamkami, jak choćby Zamek Królewski w Warszawie, a potężne, ufortyfikowane, eleganckie warownie. Doskonałym przykładem jest tu najlepiej zachowany gotycki kompleks zamkowy w Europie, mianowicie zamek krzyżacki w Malborku. Ta potężna ceglana twierdza daje nam odczuć jak wyglądały w tym okresie warownie, w których lud upatrywał siły wojska i bezpieczeństwa. Jako że proch strzelniczy nie był wówczas w użyciu twierdze mogły swobodnie rozwijać swoje mury, zachowując ich prosty kształt, bardzo pożądany gdy przychodziło do oblężenia. Niestety, prostota ta w końcu uległa postępowi techniki wojennej, co raz na zawsze zniszczyło pozycję zamków jako siedzib władców.


  Gotykowi nie przepuścili również artyści. Stał się on dla nich potężnym źródłem inspiracji, z którego czerpali garściami. Rozliczne malowidła katedr górujących nad miastami stanowią dowód tej relacji. Lecz tam gdzie architekci widzieli światłość, artyści woleli widzieć cienie i półmroki, często ukazując wybrane obiekty w ciemnych barwach, nieustannie spierając się w tym z ich twórcami. Jak widać, spór między artystami a architektami miał się dobrze, co dało się odczuć jeszcze przez kilka stuleci. Co ciekawe, to malarze przyczynili się do swoistego unieśmiertelnienia architektury gotyckiej, przedstawiając ją nieustannie przez wiele lat. Nie ma w tym absolutnie nic dziwnego, gdyż nawet teraz, w dobie wieżowców, czy lekkiej, nowoczesnej architektury zachwycamy się precyzją i ostrością gotyku. Fascynacja ta znalazła ujście przede wszystkim w fantastyce, gdzie wizja mrocznego, ciasnego, ostro sklepionego gotyckiego miasta z górującymi nad nim smukłymi zamkami i katedrami jest wciąż żywa. Cóż, najwyraźniej dzieło prawdziwego mistrza będzie inspirować ludzi nawet długo po jego śmierci.


  Architektura gotycka niewątpliwie była jednym z najważniejszych okresów rozwoju architektury. Jej kunszt inspiruje nas od stuleci, zachwyca oczy widokiem mistrzowsko wykonanych katedr, których ostre piękno wciąż przytłacza obserwatora, sprawiając że czuje się on przy nich mały i nieważny. Być może takie właśnie było zamierzenie twórców tych świątyń, niezachwiane i niezmienione od momentu ich powstania. Bowiem nie da się nie czuć respektu gdy staje się w obliczu majestatycznej budowli, która w każdym detalu uświadamia nas o zdolnościach jej projektanta. Sądzę że moglibyśmy się jeszcze wiele nauczyć od gotyckich mistrzów architektury, którzy wiele swoich sekretów zabrali do grobu. I choć teraz potrafilibyśmy stworzyć wręcz doskonałą replikę takiej katedry, to wątpię abyśmy potrafili uczynić ją tak majestatyczną jak te które nadały kierunek architekturze na wiele lat. Gotyk pozostanie więc dla nas niedoścignionym wzorem piękna ukrytego w ostrości i majestacie, niestety niemożliwym do odtworzenia w dzisiejszych czasach chaosu architektonicznego.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co się porobiło z tym ornamentem?


  Patrząc na ornamentykę towarzyszącą dzisiejszym budynkom trudno nie zadać sobie jednego podstawowego pytania. Mianowicie, co się z tym wszystkim stało? Odnosimy stałe, dominujące wrażenie, że gdzieś został zagubiony sens ornamentu, że jego projektanci nie potrafią już wykreować w nim jasnego przekazu. Coraz częściej ponadto stał się on już nie tylko dodatkiem, a wręcz głównym elementem bryły budynku, co dodatkowo utrudnia jego zrozumienie. Gdzie leży przyczyna obecnego stanu rzeczy? Odpowiedzi jest kilka, a ja postaram się wam przybliżyć kilka z nich.


  Jednym z głównych winowajców takiej sytuacji jest moim zdaniem nieustanny konflikt między modernistami a post modernistami. Ci pierwsi jasno deklarowali usunięcie z bryły wszystkiego, co w niej zbędne, w tym także większości niepotrzebnego ornamentu. Zaś ich następcy, stając na przekór poglądom starszego pokolenia, doszli do jakże logicznego wniosku, że skoro nie możemy nic zarzucić bryłom, to doczepmy się ornamentu. Tak też zrobili, czego efektem są budynki z elementami pozbawionymi jakiejkolwiek funkcji poza estetyczną. Efektem tego sporu jest niewątpliwie obecny brak zrozumienia czym właściwie jest ornament i jak należy go stosować. Młodzi projektanci, wciąż nasyceni post modernistyczną wizją umieszczenia choćby najmniejszego detalu w budynku zagubili w tym wszystkim zrozumienie kontekstu tegoż ornamentu. Wychodzi tu też brak zrozumienia wizji starszych pokoleń architektów, którzy w pogoni za zwiększeniem użyteczności obiektu nie tracili nawet na chwilę z oka tematyki zdobnictwa wspartego obserwacją miejsca. Podążono bowiem ślepo za niesłuszną i nieudaną wizją zaburzenia nienaruszalnej wręcz trójcy architektury, mianowicie zasady trzech jedności - trwałości, użyteczności, piękna - na rzecz tego ostatniego. Niestety, choć był to szczytny cel, odniósł efekt wręcz odwrotny do zamierzonego. Zamiast budynków niezaprzeczalnie pięknych otrzymaliśmy szkarady, nie potrafiące przykuć uwagi niczym innym prócz efektywności fasady i wnętrza. Obserwator gubi się w zawiłości ornamentu, zatracając tym samym obraz budynku jako obiektu użytkowego.


  Innym aspektem tego problemu jest fakt że przestaliśmy postrzegać przestrzeń w budynku jako tylko element użytkowy. Skupiliśmy się jak w przypadku fasad na źle pojętym pięknie, tworząc wnętrza które co prawda zachwycają swoim urokiem obserwatora, jednakże nie niosą ze sobą jakichkolwiek odpowiedzi na pytanie o funkcję obiektu. Ten rodzaj piękna na dłuższą metę staje się nużący, gdyż nawet poruszanie się pośród najpiękniejszego detalu nie sprawi że poczujemy się dobrze w budynku nie rozumiejącym swojej funkcji. Jest to lekcja której nie udało się niestety przyswoić wielu architektom, w tym również wielkim sławom tego grona. Gdyż nie możemy mówić o pięknie, gdy tylko ono, do tego bardzo subiektywne, staje się naszym głównym celem w projektowaniu. Płynie z tego bardzo ważna lekcja, o której nie wolno zapomnieć już nigdy - nie wolno naruszać wymienionych 3 zasad architektury na rzecz którejkolwiek z nich. Musimy umieć rozpatrzyć każdy element składniowy projektu pod tymi 3 kątami, wszystkie je szanując i zachowując w naszej pracy. W innym wypadku jesteśmy skazani na powtarzanie klęsk i błędów starszych pokoleń, od których powinniśmy się uczyć, w tym także uczyć się ich błędów aby nigdy więcej ich nie popełnić.


  Równie ważnym składnikiem naszego bałaganu jest problem z komunikacją. Utraciliśmy zdolność jasnego przekazywania innym naszych myśli, na rzecz niepełnych domysłów i rozważań. Nie rozumiemy już tak dobrze symboliki używanych detali, skazując odbiorców na ciągłe zagubienie w przesycie bodźców wzrokowych. Starożytne symbole i przekazy umarły w dobie natychmiastowej transmisji danych, odcinając nas niejako od naszych korzeni, gdzie ornament musiał posiadać jasne, zadeklarowane znaczenie. Rozumieli to już starożytni, ozdabiający swoje świątynie bądź domy elementami które każdy mógł błyskawicznie zrozumieć. Idąc ich tokiem myślenia, w ornamentyce nie ma miejsca na przesadną zawiłość, czy niedopasowanie, gdyż jedynie poprzez przejrzystość i wyrazistość możemy osiągnąć doskonałość piękna. Zasada ta przyświecała architektom przez setki lat, niestety, została bezpowrotnie utracona na rzecz pogoni za coraz to nowymi ideami piękna czy sensu. Zaburzyło to komunikację na linii obserwator - budynek, być może bezpowrotnie. Ludzie nie potrafią już czytać architektury, nie są w stanie pojąć przeznaczenia obiektu dopóki nie ujrzą informującego ich szyldu, co jest niezmiernie smutne. Czy istnieje lek na to całe zło? Tak. Jest nim gruntowne przemodelowanie podejścia projektantów tak do ornamentu, jak i do rozumienia czym właściwie budynek ma być. Zmiana ta nie nastąpi szybko, być może nawet nigdy, jednakże na chwilę obecną to jedyne skuteczne rozwiązanie trapiącego nas wszystkich problemu z przekazem ornamentyki. A póki przełom ten nie nastąpi, podziwiajmy i starajmy się z całych sił ratować obiekty, które jeszcze nie utraciły klarowności swojej architektury na rzecz mylnie pojmowanej nowoczesności i piękna.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Koncepcja miasta - ogrodu


  Czym jest miasto - ogród? W znacznej mierze, to koncepcja wytworzona w umyśle niejakiego Ebenezera Howarda, angielskiego wizjonera i urbanisty, działającego najaktywniej w latach 1909 - 1928. Sir Howard przedstawił w swojej najsłynniejszej publikacji "Garden City" koncepcję miasta, tworzącego jedność z naturą, będącego właśnie syntezą jednocześnie funkcji ogrodu jak i prężnie rozwijającej się aglomeracji. Czym dokładnie się ona charakteryzowała?

  Głównym elementem projektu była jego integralność z naturą. Howard głosił zbyt duże oderwanie człowieka od jego naturalnego otoczenia, możliwe do naprawienia jedynie poprzez syntezę jego nowego środowiska, miasta, z formą najbliższą naturze. Rozpisał on czysto koncepcyjny diagram, w którym miasta satelitarne, rozchodzące się koncentrycznie od zespołu centralnego zostałyby otoczone ogrodami, farmami oraz sztucznymi tworami, mającymi jak najlepiej imitować naturę. Wodospady, jeziora, lasy, rozległe farmy - to wszystko miało naprawić człowieka zniszczonego życiem w przeludnionych metropoliach. Człowiek miałby zamieszkać w świecie bez wszechobecnego dymu, mieć stały dostęp do świeżej żywności i "dzikiej" przyrody, nie musząc martwić się nadmiarem sąsiadów w swojej okolicy. Przemysł zostałby wypchnięty na granice założeń, tak aby jak najmniej szkodzić naturze zamkniętej w pierścieniu tworzącemu serce utopii. Jednakże, jak każda utopia w dziejach, tak i wizja Howarda musiała w końcu upaść, rozbita o mury ludzkich przyzwyczajeń. Chciwość, niemożliwy do zatrzymania postęp technologiczny, w końcu brak zrozumienia potrzeb natury - to wszystko doprowadziło do upadku zielonej utopii. I choć znaleźli się ludzie, chętni aby zamieszkać w takim mieście, a także inwestorzy, skłonni sfinansować marzenia projektanta, to projekt po kilku nieudanych próbach w końcu upadł. Przetrwał do dziś jedynie w formie prac Sir Howarda, oraz jako idea, zaszczepiona w umysłach kolejnych pokoleń utopistów.

 

  Dziś idea miast zjednoczonych z zielenią żyje przede wszystkim w formie "zielonych ścian", wizji ekologicznych urbanistów, a także na kartach powieści sf. Owe zielone ściany, to nic innego, jak próba pokrycia elewacji budynków żywymi roślinami, tak aby stworzyły miniaturowy, wertykalny ogród. To, że czasem te miniatury osiągają wysokość kilku kondygnacji niewiele zmienia. Są one obecnie jedynie kroplą w morzu potrzeb miast, tak szybko pozbywających się swoich "płuc", parków. Są one też jedną z ostatnich desek ratunku dla ekologów, chcących pełnej integracji natury z miastem. Niestety, deska ta jest na dłuższą metę nieskuteczna, ze względu na wysoki koszt utrzymania i zbyt niską efektywność. Powiedzmy szczerze - ogrody wertykalne, póki nie staną się całością elewacji budynków nie mają szans aby znacząco zmienić komfort życia w mieście.

  Inną formą podtrzymywania Howardowskich idei przy życiu są próby upchnięcia w tkance miejskiej jak największej ilości parków, ogrodów czy zielonych skwerów. W przeciwieństwie do zielonych ścian, ta idea ma największe szanse powodzenia. Zapewnia ona tak potrzebne w dzisiejszych aglomeracjach drzewa i krzewy, jednocześnie w naturalny sposób dodając miastu uroku. Niewątpliwie większość zdrowo myślących osób wolałaby się spotkać ze znajomymi w nasłonecznionym parku, niż bezcelowo przemierzać kolejne ulice, nie mogąc znaleźć ani chwili wytchnienia od kalejdoskopu betonu, szkła i stali. Takie zielone wyrwy, mimo że odbierają jakże cenną dziś przestrzeń potencjalnym budynkom są wprost niezbędne, aby miasta mogły znowu ożyć socjalnie. I nie musza to być rozłożone na kilku hektarach masywne parki - wystarczy kilkumetrowy skwer obsadzony drzewami i trawą. Momentalnie zacznie on oczyszczać powietrze ze spalin, a przy tym jeszcze naprawdę ładnie wygląda. Niestety, władze miejskie niezbyt chętnie witają takie pomysły, woląc odsprzedać grunt pod kolejny biurowiec lub blok mieszkaniowy. Podejście władz jest więc największa przeszkodą, aby miasta znowu stały się przyjemnie zielone.


  Co zaś funduje nam jakże bogata wyobraźnia pisarzy sf? Ci opisują nam miasta które osiągnęły doskonały stopień integracji z zielenią, nie tracąc nic na swojej funkcjonalności. To świat ogrodów rozłożonych na dachach budynków, po których mogą swobodnie poruszać się mieszkańcy. Miasta te wprost wyrastają z roślin, tworząc miłe dla oka połączenie postępowej aglomeracji i wielkiego parku. Niestety, większość z tych śmiałych wizji jest niemożliwa do zrealizowania. Twórcy bowiem przewidują takie rozwiązania jako pozbawione ograniczeń czy minusów, zapominając o istotnych problemach połączenia zieleni z budynkiem. Otóż zieleń żyje samoistnie, zapuszcza korzenie i ogólnie wywiera bardzo silny wpływ na swoje otoczenie. Sprawia to, że posadowienie ogrodu na dachu budynku wymaga stosowania olbrzymiej ilości zabezpieczeń przed nadmiernym rozrostem roślin. Do tego dochodzą wysokie koszty utrzymania, co skutecznie hamuje zapędy marzycieli, widzących miasta jako żywą strukturę.

  Możliwe, że kiedyś wyobrażenia pisarzy i fantastów odnajdą swoją drogę do rzeczywistości, a my ujrzymy miasta pełne naturalnej zieleni. Póki co, wizja miasta - ogrodu jest żywa jedynie na papierze i nie zapowiada się aby poza ten papier wyszła, niezależnie od protestów ekologów.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Kim właściwie jest architekt?

  To pytanie padało już na przestrzeni dziejów wiele razy, zawsze uzyskując w zamian inną odpowiedź. Bardzo wiele w tym pytaniu zależy od tego kogo i kiedy pytamy. Student zapewne powie nam, że to taki bardziej artystyczny inżynier, który sporo zarabia. Człowiek świeżo po studiach, powie nam że to ktoś bez życia czy snu, pijący hektolitry kawy aby wyrobić z projektami. Stary wyjadacz, powie że to praca jak każda inna, tyle że sporo bawisz się z projektowaniem oraz użerasz się z klientem. Stary wykładowca znów powie co innego, że architekt to misja, to projektowanie dla ludzi i poszanowanie wielu praw naraz. I wszyscy Ci ludzie mają trochę racji, choć rzeczywisty obraz tego zawodu leży gdzieś pośrodku, a jednocześnie w pewnym oddaleniu od wszystkich tych odpowiedzi.

  Zatem cóż to za prawda? Cóż to za objawienie, nieznane studentowi, architektowi czy profesorom? Otóż żadne, moi drodzy. Ta prawda to coś, co choćby podświadomie czuje każdy kto zajmuje się architekturą od wewnątrz, od jej swoistych korzeni. Bycie architektem to prawdziwa misja, misja by służyć swoimi zdolnościami ludziom. To dość niepojęta więź człowieka z przedmiotami, z przestrzenią, obiektami i pustką między nimi. To zrozumienie jak kształtować rzeczywistość, aby ta służyła otoczeniu i ludziom swoim pięknem, użytecznością i trwałością. Bo widzicie, zostać architektem, jest stosunkowo łatwo. Wystarczy przebrnąć przez 6 lat studiów, obronić 2 dyplomy i tytuł już mamy. Za to niezmiernie trudno architektem być. Bycie architektem to nie dyplom, nie tytuł, nie numer ewidencyjny uprawnień, czy zdolność obsługiwania programów do projektowania, nawet nie samo projektowanie. Bycie architektem to zrozumienie roli człowieka w otaczającym go świecie, odkrycie gdzie piękno spotyka użyteczność, po czym uczynienie tego połączenia trwałym. To zrozumienie subtelnych wpływów jakie wywiera na nas otoczenie, odnalezienie w tym chaosie porządku i harmonii, po czym wyeksponowanie ich w samym budynku.

  Rację mają ci, którzy twierdza że zawód architekta wiąże się z wysokimi zarobkami. Zapominają oni jednak o tym, że nie każdy architekt nagle zaczyna pławić się w luksusie i sławie. Droga do tego celu jest trudna i wyboista, usłana raczej cierniami niż różami. Jedynie ta garstka nielicznych, wybitnych architektów jest w stanie dojść do tak wysokiego poziomu swojego kunsztu, zazwyczaj okupując to nieprzespanymi nocami, spędzonymi nad projektem, aby ten osiągnął doskonałość, zarówno w odczuciu ich samych, jak i przyszłych odbiorców. Są to ludzie, którzy na tyle dobrze pojęli samych siebie, swoje otoczenie oraz innych ludzi, aby móc subtelnie i ze zrozumieniem kształtować otaczający nas świat. Dopiero na tym etapie rozwoju, w grę wchodzą naprawdę wysokie kwoty, pozwalające na dalsze tworzenie swoich dzieł. Obecnie świat jest pełen architektonicznych gwiazd, rozchwytywanych przez media jako guru, prawdziwi znawcy architektury. Bądźmy szczerzy - część z nich to tylko ludzie z dyplomem, sławni dzięki kilku ładnym projektom. To ludzie którzy jedynie mają tytuł architekta, nie zaś prawdziwi twórcy rzeczywistości.

  Ci prawdziwi twórcy często żyją niedoceniani, nieraz ich geniusz zanika na studiach, zgaszony restrykcjami i wymogami. Czasem ich projekty nie są realizowane, gdyż nie są dość efektowne, nie szokują, Nie pasują "wybitnym", którzy przecież niejedno już widzieli i zaprojektowali. Bo wybitna architektura nie musi być przesadnie efektowna, nie musi szokować, nie musi stawiać pytań, ba nie powinna stawiać przed odbiorcą żadnych pytań! Ona powinna być odpowiedzią, przekazem, koroną myśli twórczej. Człowiek który stoi przed budynkiem, lub w jego wnętrzu nie powinien nawet przez chwilę musieć szukać jego sensu. Sens ten powinien być wyrażony w każdym detalu, w każdym tonie barw czy elemencie wyposażenia. Dopiero kiedy człowiek bez chwili zastanowienia, od pierwszego spojrzenia rozumie i kocha budynek który widzi możemy mówić o prawdziwym arcydziele. Nie gdy szuka go w wymyślnej formie, nie gdy rozmyśla nad ornamentem - to tylko próby odwrócenia uwagi. Arcydzieło leży we wzajemnym zrozumieniu człowieka i budynku.

  Dlatego chciałbym poradzić architektom - zarówno tym, którzy jak i ja studiują, jak i tym którzy projektują, lub projektowanie zakończyli - nie szukajcie efektowności, nie niszczcie harmonii budynku szokującymi detalami. Po prostu stwórzcie formę, która w jednej chwili odda wszystkie ukryte pragnienia człowieka względem budowli. Projektujcie mądrze, z poszanowaniem piękna, użyteczności i człowieka, będącego tu elementem najważniejszym. Zaś Wy, którzy nie projektujecie - domagajcie się takiej architektury, abyście czuli miasto i jego elementy całym sobą, czuli że oto spełniają wasze potrzeby i pragnienia. A kim jest architekt? To proste - to twórca, któremu można powierzyć marzenia ludzi o pięknej przestrzeni, a który marzenia te obróci w rzeczywistość.

poniedziałek, 31 marca 2014

Trochę o urbanistyce i zaśmieceniu Polskich miast

  Wielokrotnie rozmawiając z ludźmi spotykamy się z opinią że Polskie miasta są najzwyczajniej w świecie brzydkie. Że korki, że wszędzie bloki albo domy, że galerie handlowe zbyt duże i przeszkadzają. Jednakże, zapytani co dokładnie im w tym wszystkim nie pasuje, o to jakie są tego przyczyny, twierdzą że nie wiedzą bądź wskazują palcem na polityków i władze samorządowe.

  Niestety, ale nie da się całej winy zrzucić na samo stwierdzenie że "brzydkie" czy "to wina złego zarządzania miastem". Owszem, wina leży w znacznej mierze po stronie władz, jednakże głównymi winowajcami tego stanu rzeczy jesteśmy my, architekci, oraz w jeszcze większej mierze społeczeństwo. Dlaczego tak? Dlaczego architekci? Już spieszę z wyjaśnieniem. Niewielki odsetek studentów architektury pała większą sympatią do urbanistyki. Nie ma co się dziwić, bo to pracochłonny i wymagający temat, ale moim zdaniem niezbędny aby móc tworzyć dobrą architekturę. Co nam po dobrych obiektach, jeśli nie stworzą razem w mieście szeroko pojętej całości, kompozycji urbanistycznej? Po nic. Mogą być i pięknymi perłami architektury, cenionymi na całym świecie, ale same z siebie nie naprawią przestrzeni. Jedynym lekarstwem na ten stan rzeczy jest dogłębne planowanie urbanistyczne, oraz tzw. masterplan, o którym wspomnę później. Sporo architektów równie chętnie porzuca masterplan, czy jakąkolwiek urbanistykę już po odebraniu dyplomu, bo przecież "z tego się nie wyżyje". Dlatego tworzą oni nieraz naprawdę dobre projekty, jednakże nie dbając o ich spójność z resztą zabudowy w danym miejscu. Cóż, jeśli wolicie słuchać się we wszystkim inwestora, bo płaci - wasz wybór. Tylko nie umywajcie potem rąk od spartolonej zabudowy, zwalając całą winę na inwestora czy wykonawcę. Też jesteście tutaj winni - nieraz dużo bardziej od nich, ze względu na posiadaną i niewykorzystaną wiedzę. Równie duży odsetek architektów rzuci że "co z tego że umiemy planować miasta, skoro nikt tego nie chce?" - mają oni absolutną rację. Nie ma sensu projektować całych zespołów miejskich, jeśli każdy woli samowolkę i pozostawienie kształtu miasta inwestorom oraz planom zabudowy miejscowej, wykonywanych często na zlecenie danego inwestora. Tylko proszę, nie narzekajcie później że miasto jest paskudne, bo to zły inwestor tak chce. Też macie głos.

  I tu objawia się drugi największy winowajca. Społeczeństwo. W kontekście urbanistycznym 3/4 obecnego Polskiego społeczeństwa to skończeni idioci. Ludzie którzy mają głęboko gdzieś co się dzieje w mieście, dopóki nowy budynek nie powstanie. Wtedy dopiero zabierają głos, a i to przeciwko pojedynczemu obiektowi, zamiast protestować przeciwko ingerencji w spójność tkanki miejskiej. Tak moi drodzy - o was też mowa. Każdy obywatel ma prawo wyrazić głośno swój sprzeciw przeciwko wielu inwestycjom. Macie prawo powiedzieć że nie chcecie we wskazanym miejscu danego obiektu, bo zaburzy on wygląd ulicy czy nieraz całej dzielnicy. Problem leży w tym że ludziom się zwyczajnie nie chce. Zamiast ruszyć swoje szanowne 4 litery i pójść ze skargą do urzędu miasta, czy nawet inwestora, to większość woli ponarzekać w gronie znajomych po czym uznać że i tak nic nie zdziała i tym samym olać sprawę. W ten sposób nigdy nie uda się zatrzymać postępującego wyniszczania tkanki miejskiej w Polsce, a nasze miasta będą skazane na samowolkę inwestorów oraz przekupność władz samorządowych. Tym samym, jeśli chcecie coś zmienić w mieście - zróbcie to! Zamiast siedzieć i narzekać organizujcie spotkania, nagłaśniajcie wasze niezadowolenie, pokażcie władzom że macie głos. Bo dopóki nie nastąpi ten przełom w ludziach to nawet najlepsi urbaniści nic nie zdziałają. Nic. Choćby i stworzyli genialny masterplan.

  Czym zaś jest ów masterplan? Mówiąc prosto, jest to plan zabudowy tkanki miejskiej na całym obszarze miasta, uwzględniający przyszłe inwestycje, również drogowe. Jest to narzędzie skutecznie wiążące ręce inwestorom, choć niestety nie władzom lokalnym. Niestety, w Polsce masterplany miast praktycznie nie występują, ze względu na zwyczajne niedouczenie ludzi czym to właściwie jest. Drugim ich elementem, skutecznie odstraszającym tych, którzy już poszerzyli swoją wiedzę o pojęcie takowego planu, jest fakt że masterplan wiąże się z wysokimi kosztami przy wprowadzaniu go w życie. Jeśli trzyma się go co do joty, znika możliwość odsprzedawania korzystnego gruntu za bezcen, bo tak prosi np. kuzyn burmistrza, chcąc wybudować w miejscu planowanej obwodnicy jakże cudną willę z oborą i pastwiskiem włącznie. Wymaga on rozpatrywania każdej pojedynczej inwestycji pod kątem spójności z resztą danego obszaru, co niestety zwiększa koszty realizacji. Jednakże ma to swój plus, w postaci zachowania pełnej spójności miasta, a tym samym architektury na bardzo wysokim poziomie. Ciekawostką jest też to, że w porzuconym tak chętnie przez władze lokalne masterplanie Warszawy istniała sensowna obwodnica na terenie Ursynowa, zaś linii metra było zaplanowanych ponad 7, biegnących również nad ziemią. Niestety, jak zwykle wygrała sprzedajność i lenistwo, dzięki czemu musimy się teraz borykać z kłopotliwym wierceniem obwodnicy pod blokowiskami oraz przeciągającą się w czasie budową II linii metra. A wystarczyło posłuchać urbanistów...

wtorek, 25 marca 2014

Kreml - nie tylko Moskiewski


  Większość osób prawdopodobnie zna ten obiekt. Choć ukazany tutaj z nietypowej perspektywy, bo od rzeki, jest on miejscem o którym możemy ostatnio bardzo dużo usłyszeć w mediach. Mowa oczywiście o Moskiewskim Kremlu. Przed wybuchem rewolucji Bolszewickiej w Rosji był on siedzibą carów, autentycznym symbolem władzy, którym pozostał po dziś dzień. Choć został nieco modernizowany w czasach ZSRR, to jego główne elementy pozostają te same. Potężne założenie pałacowe, cerkiew, legendarny niemal plac czerwony, mauzoleum Lenina. Ale czym właściwie jest ten Kreml?



  Wydawać by się mogło, że to unikalna nazwa, nadana jedynie założeniu w Moskwie. Nic bardziej mylnego. Kremlem na terenach Rosji nazywa się warowne założenia na wzgórzach, będące siedzibą władzy, mieszczące w sobie zazwyczaj pałac oraz cerkiew, będące swoistą formą europejskich twierdz umieszczanych w centrach miast średniowiecznych. Obecnie w Rosji pozostało ich kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt, a kilka także poza granicami kraju, w tym na Ukrainie. Podobnie jak w przypadku Europy Zachodniej, w XVIIIw. w związku z rozbudową miast Kremle straciły swoje znaczenie obronne, pełniąc już tylko funkcje reprezentacyjne. Co zaś z Moskiewskim? Dlaczego akurat ten obiekt jest tak wyjątkowy w skali zjawiska tworzenia tych założeń na terenie całego kraju?

 

  Najpierw trochę historii: Kreml zaczął powstawać w 1147 roku, gdy Jerzy Dołgoruki wydał rozkaz zbudowania na wzgórzu Borowickim drewnianej baszty. Od tego czasu możemy przyjąć Kreml za siedzibę wszelkiej władzy w Moskwie, od książąt Księstwa Moskiewskiego, przez carów, Stalina czy obecnie Władimira Putina. Patrząc na rozmach z jakim stawiano kolejne budynki trudno dziwić się, że Moskiewski Kreml tak szybko stał się istnym centrum Rosji - potężne pałace, bogato zdobione obiekty sakralne i wspomniany już Plac Czerwony - to wszystko złożyło się na obraz jaki znamy dziś. Niestety, nie wszystkie pierwotne elementy przetrwały do dziś. W wyniku działań władz komunistycznych zburzono między innymi monaster Wniebowstąpienia Pańskiego, czy sobór Zbawiciela w Borze. Ciekawostką jest fakt, że obecne władze postarały się o zatarcie drobnego detalu na fasadzie głównego budynku. Mianowicie, zastąpiono symbole sierpa i młota, oraz liter CCCP, pięcioma dwugłowymi orłami Rosji. 


  Ale po kolei: za czasów Księstwa Moskiewskiego, Wielki Książe Iwan III zorganizował przebudowę założenia, zatrudniając wybitnych włoskich architektów, takich jak choćby Petrus Antonius Solarius, który zaprojektował nowy mur i baszty, czy Marcus Ruffus, odpowiedzialny za nowy pałac księcia. Powstały wówczas również 3 nowe kościoły, zaś najwyższym budynkiem w mieście oraz w Księstwie stała się dzwonnica Iwana wielkiego, wzniesiona między 1505 a 1508 rokiem, wyniesiona do swojej obecnej wysokości w 1600 roku. Kiedy nowe mury i kościoły zostały ukończone, monarcha wydał dekret, na mocy którego nie wolno było budować w bezpośrednim sąsiedztwie kompleksu. Iwan Groźny dodatkowo rozbudował kompleks, budując nowy pałac oraz kościoły.

  Po przewrocie w Moskwie władze carskie przeniosły stolicę do Sankt Petersburga, jako miasta bardziej cywilizowanego i spokojnego. Carowie powrócili do Moskwy dopiero po 1773 roku, kiedy to caryca Katarzyna II zapragnęła aby wybudowano jej nowy pałac właśnie na Moskiewskim Kremlu. Wasilij Bażenow, któremu powierzyła prace ząłożył że aby wybudować tam siedzibą godną cesarzowej należy zburzyć większość istniejącej zabudowy. Kiedy skończono przygotowania, prace zostały wstrzymane ze względu na brak funduszy. Dopiero Matwiej Kazakow zdołał dokończyć prace, zmieniając pierwotne plany swojego poprzednika, tworząc piękne budynek senatu, będący późniejszą siedzibą prezydentów Rosji. 

  W czasie wizyty w Moskwie z okazji swojej koronacji, car Mikołaj I był niezadowolony z pałaców Wielkiego oraz Zimowego, wzniesionych pod kierownictwem Rastrelliego w 1750 roku. Z jego rozkazu barokowa zabudowa została wyburzona, zaś prace nad nowym Wielkim Pałacem Kremlowskim powierzono Konstantinowi Thonowi. Miał on konkurować z Pałacem Zimowym pod względem kubatury i jakości wnętrz. Pałac ten wybudowano w latach 1839-1849, zaś wszelkie prace zakończono budową nowego arsenału w 1851 roku. 

  W czasach władzy sowieckiej Dokonano największych zniszczeń na Kremlu, wyburzając kościoły na rzecz szkoły wojskowej. Zarówno Lenin, jak i Stalin chętnie objęli budynek senatu na swoją siedzibę, po przeniesieniu przez Lenina siedziby z Petrogradu do Moskwy w 1918 roku. Od tego czasu zaprzestano wszelkiej ingerencji w strukturę założenia, zaś w 1961 roku ustanowiono muzeum Kremla i otwarto obiekt dla zwiedzających.

poniedziałek, 17 marca 2014

Amerykanie muszą się pokazać - czyli ambasady USA na świecie

  Amerykanie to spory i dumny ze swojej wielkości naród. Wszystko tam musi być duże, od dróg, poprzez samochody, budynki, nawet jedzenie, a na ludziach kończąc. Idąc tym tropem, ich ambasady również muszą być duże, pokazujące siłę ich kraju wszystkim pomniejszym narodom, które nie miały na tyle szczęścia aby móc żyć z flagą USA nad domami. Diabli wiedzą skąd w Stanach taka potrzeba przepychu i ukazywania na siłę swojego rozmiaru (fakt że drogi i samochody są tam znacznie szersze nie wziął się znikąd) i wspaniałości. Faktem pozostaje to że tak jak ich kraj, tak ich ambasady zazwyczaj cierpią na manię wielkości. Chciałbym wam przybliżyć część z tych obiektów rozsianych po świecie.



  Na dobry początek dawna ambasada w Stambule. Zaprojektowana w 1873 przez włoskiego architekta Giacomo Leoni jako prywatna rezydencja rodziny Corpi. Jej budowa pochłonęła zawrotną kwotę 99000 ottomańskich złotych lirów, co daje w przeliczeniu kwotę około 7 milionów dzisiejszych dolarów. Sam obiekt z założenia miał być pałacem, zaś praktycznie wszystkie elementy potrzebne do wykończenia wnętrz zostały sprowadzone z Włoch. Dodatkowo, ściany wewnątrz budynku zostały pokryte rozlicznymi malowidłami, które zostały niestety zniszczone, lub zakryte podczas "renowacji" w 1937. Sam Signor Corpi, na którego zlecenie powstawała owa rezydencja, nie dożył kresu jej budowy. Budynek, ukończony krótko po jego śmierci, został odziedziczony przez jego krewnych, którzy postanowili użyczyć obiektu rządowi USA w 1882 roku. Placówka uzyskała status ambasady w 1906 roku, stając się jedną z pierwszych tak ważnych Amerykańskich placówek dyplomatycznych w Europie. Palazzo Corpi pełniło swoją zaszczytną funkcję ambasady aż do 1923 roku, gdy zdecydowano o umieszczeniu stolicy Turcji w Ankarze. Wówczas zaczęto stopniowo przenosić ambasadę do nowej stolicy kraju. Obecnie budynek jest siedzibą konsulatu USA w Stambule.

  

  Kolejnym ciekawym przykładem jest ambasada znajdująca się na terytorium Norwegii. Amerykańska rewolucja wywarła niesamowity wpływ na życie mieszkańców Norwegii, gdyż to na amerykańskiej konstytucji wzorowano się tworząc konstytucję norweską w 1814 roku. Bliska współpraca obojga narodów została dodatkowo wzmocniona przez masową emigrację Norwegów między 1825 a 1940 rokiem, gdy ponad 850 tys. osób znalazło nowy dom za oceanem. Sam budynek został zaprojektowany przez fińsko-amerykańskiego architekta, Eero Sarinena, zaś oddany do użytku został dopiero w 1959 roku. Budynek ten jest dość ciekawy, przede wszystkim ze względu na to, że odbiegał od ówczesnych standardów wznoszenia obiektów biurowych. Posiada on 577 samodzielnych okien, rozlokowanych na 4 kondygnacjach. Tworzy to efekt swoistej otwartości, pomimo czarnych i nieco nieprzyjaznych ścian. Dobrze wpisuje się on w zasadę wielkości, ze względu na jego gabaryty. Sama ambasada działa w tym budynku do dziś.


  Dobrą przeciwwagą dla ukazanych wcześniej obiektów jest ambasada w Canberze. Ustanowiona w 1946 roku, była pierwszą ambasadą na terytorium Australii. Odbiega ona znacznie od tych ukazanych wcześniej, będąc niemal wzorem skromności. Wpisuje się wprost idealnie w teren na którym została wykonana, wyglądając jak kolejny, typowy dom. Próżno tu szukać manii wielkości, czy przesadnej reprezentacyjności. Stylizowana na tradycyjny dom z terenów Virginii, wykonana została z lokalnych materiałów, co miało podkreślić wagę więzi współpracy między narodami. Połączenie amerykańskiej architektury i lokalnego wytwórstwa zaowocowało powstaniem ciekawego, miłego dla oka budynku, pełniącego swoją funkcję po dziś dzień.


  Ostatnim obiektem jest ambasada w Dublinie. Zaprojektowana przez Johna Johansena we współpracy z Michaelem Scottem, stanowi wręcz podręcznikowy przykład jak nie powinno się tworzyć obiektów publicznych. Jej fasada, mająca w zamierzeniu prezentować połączenie irlandzkiej tradycji z amerykańską architekturą, wygląda jak.. W sumie to nie da się określić jak. Moim skromnym zdaniem nie przedstawia ona absolutnie niczego, może poza chęcią doświetlenia wnętrza dziwacznymi, poprzesuwanymi względem siebie oknami w betonowej ramie. Jedynym sukcesem projektu, a i to wątpliwym, jest fakt stworzenia budynku na planie koła, nawiązując tym samym do tradycji celtyckich. Tym samym wpasowuje się w listę obiektów przy których twórcy zbytnio popuścili wodze fantazji, w wyniku czego powstał budynek w najlepszym razie zabawny. Została ona wzniesiona w 1964 roku, pełniąc zamierzoną funkcję po dzień dzisiejszy. 

poniedziałek, 10 marca 2014

Symbol Warszawy czy przeżytek Polski Ludowej?


  Obiektu ukazanego na zdjęciu chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Znany jest wszystkim, każdy ma także o nim jakąś opinię. Zdania na jego temat są dość podzielone, jedni twierdzą że jest brzydki, inni zaś że idealnie pasuje do Warszawy, oraz jest dość ładny. Sam osobiście uważam że na chwilę obecną jest jednym z najciekawszych obiektów stojących w ścisłym centrum stolicy. Owszem, jego architektura na chwilę obecną mocno się postarzała, jednakże wciąż posiada swój niepowtarzalny jak na nasz kraj wdzięk.

  Głównym powodem dla którego można bronić tego obiektu jest to, że stanowi silną przeciwwagę dla okolicznych wieżowców. Jego bryła jest masywna, kolor odcina się od szarości biurowców w jego sąsiedztwie, co stanowi tylko dodatkowy atut. Dodatkową ciekawostką może być fakt że jego obecnie beżowe ściany były niegdyś białe. Ponadto, stał się w ciągu tych kilkudziesięciu lat najbardziej rozpoznawalnym budynkiem w mieście, o ile nie w kraju. To, że technologicznie jest już przestarzały nie ma tutaj wielkiego znaczenia. Pomimo upływu lat wciąż dzielnie trzyma swoją pozycję Warszawskiej dominanty.

  Wiele też mówi o nim jego nazwa. Słowa "Pałac Kultury i Nauki" nie wzięły się z braku lepszego pomysłu projektantów. Oddają one charakter budynku, służącego przez lata za główne centrum wystaw oraz pokazów sztuki wysokiej w Warszawie. Do tej pory skutecznie wypełnia powierzoną mu funkcję, choć na polu nauki ustępuje na rzecz Centrum Nauki Kopernik. Dodatkowo, dzięki swoim wymiarom stał się również obiektem wielu prezentacji świetlnych, w ostatnich dniach symbolizował on solidarność z walczącą Ukrainą.

  Można się czepiać że był i jest symbolem wpływu władz ZSRR na nasz kraj, że służył w PRL tylko do pokazania tego jak bardzo jesteśmy zapatrzeni na wschód. Co prawda, stwierdzenia te nie mają większego sensu, ze względu na to że choć sam budynek był "darem" od władz radzieckich, to daleko mu do jakiejkolwiek usłużności wobec nich. Więcej z robotniczej propagandy mają już w sobie płaskorzeźby na ulicy Marszałkowskiej między placami Konstytucji i Zbawiciela. Sam Pałac nie nosi na sobie żadnych większych elementów socjalistycznych czy propagandowych. A to że jest socrealistycznie surowy jedynie dodaje mu swoistego piękna.

  Spór na jego temat najpewniej nigdy nie ucichnie, rozgrzewając serca architektów, krytyków architektury czy samych mieszkańców Warszawy. Niewykluczone że w przyszłości zniknie on z mapy miasta, zastąpiony kolejnym jednakowym wieżowcem. Moim zdaniem będzie to smutny dzień dla Warszawy, ponieważ wraz z nim zniknie nieodwracalnie część gasnącego powoli i coraz mniej uchwytnego klimatu tego miasta. Zanim jednak ten dzień nastanie pozostanie on symbolem Warszawy którego nie zastąpi żaden nowoczesny biurowiec czy centrum handlowe

środa, 5 marca 2014

Ujęcie architektury w sztuce

  Na przestrzeni dziejów architektura stała się wszechobecnym elementem wielu dzieł sztuki. Artyści chętnie uwieczniają w swoich pracach motywy architektoniczne, wraz z całymi obiektami, czyniąc z nich ważny element swoich prac. Stanowią one niejako tło dla wielu pejzaży oraz motyw przewodni dla wszelkich ujęć miejskich. Tym samym najczęściej dobrą architekturę promują nie architekci, a właśnie artyści.



  Tendencja do przedstawiania architektury w obrazach czy malowidłach sięga starożytności, w największym zaś stopniu starożytnego Rzymu. Malarze zaczęli przedstawiać obrazy silnie nacechowane architektonicznie. Co ciekawe, część z nich, chcąc ukazać wady miast, w szczególności pisarze bądź filozofowie, stali się ich głównymi propagatorami. Największy rozkwit ujęć miejskich przypada, jak wspomniałem, na czasy Imperium Rzymskiego. W tym czasie miasta jawił się jako ostoje kultury i cywilizacji w barbarzyńskim świecie. Jest to niewątpliwie zasługą niedoścignionego przez setki lat poziomu architektury i budownictwa w Imperium.



  Drugi okres gloryfikacji miasta oraz architektury w ujęciu artystycznym przypada na okres renesansu. Ludzie zmienili wówczas podejście do miast, które jednocześnie przestały przypominać powiększoną, zagęszczoną i ufortyfikowaną wieś. Artyści lgnęli do monumentalnych katedr oraz eleganckich pałaców, które zaczęły wyrastać w Europie. I znów, tak jak w starożytnym Rzymie, było to zasługą wybitnych architektów tamtych czasów. Miasta na nowo stały się centrami kultury i sztuki, powoli tracąc swoją funkcję twierdz dla wielkiej ilości ludzi. Budynki zyskały na elegancji i stylu, ich elewacje stały się nagle niezwykle interesujące dla obserwatorów, tym samym stały się idealnym wyborem dla malarzy. Dodawały one stylu ich dziełom, zamykając niejako ich kompozycje.


  Pełen rozkwit ukazywania miast w sztuce przypada jednocześnie na okres największego rozkwitu urbanistyki. W czasie rewolucji przemysłowej całe rzesze artystów uwieczniały na płótnie wyrastające w miastach fabryki, gloryfikując wysokie kominy i przestronne wnętrza hal. Co ciekawe, zarówno projektanci jak i artyści zdawali się nie dostrzegać warunków pracy mas robotniczych. Wszyscy skupili swoje oczy na pięknie architektury i rozwoju, ignorując konsekwencje społeczne.

  W poczet artystów tego okresu ukazujących architekturę w sztuce można również włączyć samych architektów. Tworzyli oni wówczas imponujące grafiki oraz rysunki przedstawiające ich dzieła. Urbaniści także znaleźli w tym wszystkim swoje miejsce, projektując rozległe, bogate w detal plany miast podług ich projektów. Prace te, tworzone częstokroć na zamówienie władców, były prawdziwymi perłami planowania przestrzennego.

  W czasach współczesnych, w dobie nieustającej urbanizacji świata, trudno sobie wyobrazić zignorowanie roli architektury w różnorakich formach sztuki. Budynki oraz miasta stają się silną inspiracją dla szerokiego grona twórców, podkreślających monumentalizm, wyrazistość i różnorodność nowoczesnej architektury. Moim zdaniem trend ten, zapoczątkowany tysiące lat temu, ulegnie w przyszłości intensyfikacji. Nie da się bowiem wyrzec potężnego wpływu architektury na nasze życie. Wpływu, które może się już jedynie zwiększać.

poniedziałek, 3 marca 2014

Wieże mieszkalne - symbol luksusu czy przyszłość mieszkalnictwa?



  Od kilku lat możemy zaobserwować na świecie postępujący trend budowania w krajach rozwiniętych tzw. wież mieszkalnych. Są one swoistą syntezą znanych nam bloków z drapaczami chmur, wykazując jednak większą ilość cech tych drugich. Wznoszą się one ponad miejski krajobraz, kusząc widokami z okien najbogatszych, gdyż jedynie oni mogą sobie pozwolić na zamieszkanie w takiej wieży.

  W samej Warszawie istnieją obecnie 2 takie obiekty: Cosmopolitan oraz Żagiel. Usytuowane w ścisłym centrum miasta unoszą one mieszkańców ponad zgiełk ulic, stając się tym samym niejako symbolem luksusu, spokojną ostoją w ruchliwym mieście. Niestety, ze względu na wysoką (ponad 20 tys. zł. za m^2) cenę mieszkań znajdują się poza zasięgiem "zwykłych" ludzi.



  Należy się zastanowić jednak czy nie staną się one kiedyś kolejnym krokiem w rozwoju budownictwa mieszkaniowego, wypierając tak popularne obecnie bloki i osiedla domów wielorodzinnych. Na chwilę obecną takie rozważania mają jedynie naturę czysto akademicką, gdyż koszt budowy takiego obiektu, jak również wyzwania konstrukcyjne z tym związane są zwyczajnie zbyt wysokie aby stało się to opłacalne w wymiarze masowym. Moim zdaniem, rozwój tego typu zabudowy, jakkolwiek odległy, jest na dłuższą metę nieunikniony.

  Za takim rozwojem sytuacji przemawia fakt, że już teraz zmagamy się z coraz większym przeludnieniem, szczególnie na terenie Chin, Indii oraz Japonii. Tymczasowym rozwiązaniem w Chinach było masowe stawianie bloków z wielkiej płyty, jednakże pogłębiło to jedynie degradację środowiska naturalnego, zniszczonego już silnie rozwiniętym przemysłem. Sądzę że głównym krajem, który w najbliższych latach zainwestuje najwięcej w rozwój wież mieszkalnych będzie Japonia. Kraj ten, ze względu na niewielką ilość dostępnego pod budowę terenu jest niejako skazany na pionowy wzrost swoich miast.

  Rozwój wież mieszkalnych sugeruje nam również literatura SF. Wielokrotnie widzimy tam obraz niebotycznych miast-wież, w których żyją tysiące ludzi, zgromadzeni na niewielkiej przecież przestrzeni. Według mnie jest to wyrażanie pragnienia utopijnych urbanistów o zabudowie wertykalnej, która ma najwięcej szans na zagoszczenie na stałe w miastach przyszłości. Niestety, póki co są to jedynie utopijne marzenia, a my jesteśmy skazani na życie bliżej ziemi. Najpewniej rozwój tychże wież poprzedzą silne protesty mieszkańców miast, nawykłych do niskiej zabudowy, lecz przyszłości mieszkań i tak należy upatrywać raczej w smukłych, wysokich wieżach, niż w rozlewających się przedmieściach miast Ameryki.

czwartek, 27 lutego 2014

Joseph Rykwert - Pokusa miejsca. Przeszłość i przyszłość miast


  Książka prof. Josepha Rykwerta, wydana w Polsce dopiero w 2013 r. jest świetnym przedstawieniem obecnych problemów dotyczących urbanistyki oraz ukazuje nam genezę rozwoju tego aspektu architektury. Autor zawarł w swojej publikacji dość dogłębną analizę rozwoju miast na przestrzeni dziejów, uwzględniając przy tym szeroki kontekst historyczny, mający olbrzymi wpływ na urbanistykę.

  Książka ta napisana jest stosunkowo lekkim i przystępnym językiem, dzięki czemu idealnie nadaje się jako lektura nie tylko dla studentów architektury, lecz także dla wszystkich interesujących się tym, co zdecydowało o wyglądzie miast w których żyjemy.

  W przypadku osób studiujących architekturę pozycja ta powinna być traktowana bardziej jako swoiste wprowadzenie do urbanistyki. Nie ma tutaj gotowych rozwiązań problemów, jedynie ich przedstawienie i omówienie. Pod żadnym pozorem nie powinno się jej traktować jako podręcznika akademickiego.

  Według mnie książkę te można swobodnie polecić każdemu kto choć trochę interesuje się rozwojem miast. Powinna ona zaspokoić ciekawość czytelnika, skutecznie i przyjemnie wypełniając mu czas poświęcony na jej czytanie.